Towarzystwo Archeologiczne Candlekeep – #1

Witajcie! Dzięki uprzejmości moich graczy mam zaszczyt zaprezentować pierwsze na moim blogu raporty z sesji :)

Ostatnio zaczęliśmy kampanię w D&D 5. Głównym motywem jest praca dla Towarzystwa Archeologicznego Candlekeep, które zorganizowało wyprawę do ruin ukrytych głęboko w Kniei Otulisko. Reszty szczegółów dowiecie się od postaci, a oto one:

  • przebywająca chwilowo na lądzie piratka Cassandra Bonanza
  • wiecznie dociekliwy uczony z Towarzystwa Archeologicznego Ipatix Panaser Yelen Manji Twigfinger
  • smoczy kapłan Argonath Svald
  • zdolny kusznik i strateg Vasil Hilltrapper

Dzienniki Cassandry – Wyprawa Szczurów Lądowych

No i przybyłam … między te żółtodzioby nienauczone życia, niezahartowane w soli morskiej. Na samą wyprawę zbierali się niczym kłębowisko robactwa w zepsutych śledziach. Bez mapy, bez wywiadu, bez planu — czysty żywioł. A to nas — miłośników wojaży morskich oskarża się o życie na fali chwili. W każdym razie towarzystwo zapowiada się zaprawdę ciekawie…

Gnomek — Ipatix, który mówi tyle, że gdyby zapisać wszystkie jego słowa w jednej linii, to pokonywałby większe odległości niż fregaty z Luskan. W sumie nawet mi go trochę szkoda. Mówi całkiem mądrze, ale w taki przeciągły sposób, że zakończenia jego zdania wyczekuje się równie gorąco, jak końca ciszy na morzu. Vasil — strzelec, zapowiada się na niezłego taktyka … widać, że ma pewne zdolności przywódcze. Na razie dam mu mówić i działać … zobaczę, z jakiej gliny jest ulepiony. Wydaje się nieco skryty. Ciekawe, jaką historię chowa pod pokładem. Wszak nie o każdego człowieka bywa zazdrosna czarodziejka — ślicznotka jak z magnackiego portretu. Ach, Svald … imponuje mi nawet. Porządny z niego Smoczykrwist, ogrodnik — piekarz i doktor — wrogom buły sadzi, a i poległego towarzysza na nogi postawi. Jednak, mimo swych możliwości i nadludzkiej siły wydaje się nieco niepewnym. Może to smocza odmiana ostrożności? Ciężko powiedzieć, gdyż za mało miałam styczności z jego rodzajem. Rosomak natomiast (choć mu tego raczej nie powiem), budzi u mnie pewien respekt. Jakby znał się na morzu jak na lesie, to zostałby moim dobrym przyjacielem z miejsca. Do stu beczek rumu — wstyd, że krasnolud o kniejach wie więcej niż dojrzały wszak elf! Muszę z nim częściej rozmawiać.

Co do samych wydarzeń zaiste zacnie się stało
Chociaż bez porządnej potupanki
Jak na zawiązanie nowej załogi przystało
To chociaż w kości stanęłam w szranki
Tutejsze zwalistołki pojęcia o hazardzie nie mają
Myśleli, że starą wygę ograją
„Partia próbna” – dobre sobie
Jak mi któryś to raz jeszcze powie
To go w migiem wybebeszę
I powiem, iż tylko szablą nową się cieszę,
Że potyczka jeno była próbna,
A kolejna będzie prawdziwie zgubna.

Ach, Bardzie … tyś jest jak zdrowie … ileś wart ten tylko się dowie, kto Cię stracił. Brakuje mi cholernie tego rzępoli. Pomszczę jeszcze jego śmierć. Mam na to dużo czasu. A jak nie zdążę, to najwyżej wnukom Caspara będę statki kraść. W każdym razie, zdobycie jakiegoś skarbu pomoże mi szybciej osiągnąć ten cel. Mam nadzieję, że wyprawa do tych ruin będzie warta więcej niż beczka tabaki.

Po tym, jak wraz z Rosomakiem przeprowadziliśmy naszą wesołą kompanię przez bagna i ruchome piaski, w końcu pojawiła się okazja do rozruszania kości. Lądowe kałamarnice — pająki wielkości konia. Uwielbiam nowe doświadczenia i choć nie było łatwo, to cieszę się, że otrzepałam z siebie ten wszędobylski pył, kopiąc im rzyć. Korsarz, olbrzymi krab czy tarantula … u wszystkich zapał bojowy skutecznie gasi, butelka płonącego spirytusu rozbita na łbie. Jednak przyznać muszę, że magiczne sztuczki moich towarzyszy, są naprawdę pożyteczne. Muszę więc i sama się kilku nauczyć. Jakie cuda będę mogła robić z takim sprytem podpartym zaklęciami! Haha, szeroki kontynencie — nadchodzę!

Raport Ipatixa – Do Towarzystwa Archeologicznego Candlekeep

Tytułem wprowadzenia nakreślę Czytelnikowi okoliczności ekspedycji naukowo-badawczej do Knieji Otulisko (abbr. KO), której ten raport dotyczy i której jestem uczestnikiem z ramienia Towarzystwa Archeologicznego Candlekeep (abbr. TAC). Okoliczności te są tyleż ciekawe co tajemnicze i opierają się na zeznaniach świadków, którzy przed kilkoma tygodniami natknęli się w KO na ślady starożytnych ruin, po czym zostali zaatakowani przez nienaturalnie zachowujący się las (mieszkańców lasu?). Ze świadkami nie miałem niestety okazji porozmawiać osobiście, co moim zdaniem negatywnie wpłynęło na liczbę zebranych w tej sprawie informacji i na co złożyłem zażalenie do odpowiednich komórek TAC. Zebrana przez TAC wiedza sprowadza się na chwilę obecną do trzech run w nieznanym nam języku, których znaczenie udało mi się magicznie odcyfrować jako: „wybraniec”, „ofiara” i „smok”. Kontekst, kolejność oraz detale syntaktyczne run nie są nam wiadome, jednak moje wieloletnie doświadczenie z tekstem starożytnym nie napawa mnie optymistycznie odnośnie do pozostałej części przekazu…

Oczywiście TAC „niezwłocznie” (czyt. po licznych debatach) zorganizowało wyprawę, w skład której wchodzą cztery zespoły badawcze. Ponieważ obszar KO potencjalnie zawierający ruiny jest w dużej mierze niezbadany i las ten nie cieszy się renomą nawet, jak się dowiedziałem, wśród piratów (co jest chyba sporym sukcesem wizerunkowym) ekspedycji przydzielono ochronę oraz zaznajomionych z terenem przewodników. Zanim przejdę do opisu grupy, do której zostałem przydzielony, oraz wydarzeń pierwszego etapu ekspedycji, dwa słowa o moim studencie Willowie (abbr. W) z grupy Dariona. Chciałbym ze wszech miar podkreślić, że ze względu na swoje talenty magiczne oraz inteligencję logiczną, jest W moim zdaniem cennym nabytkiem dla TAC. Co więcej, wykazuje, że się tak niefortunnie wyrażę, duży „zapał” do pracy i jest swoją rolą bardzo przejęty. Panuje też nad swoją mocą w widocznie większym stopniu, niż gdy się widzieliśmy ostatnim razem. Nadal jednak proponuję zwracać na Niego uwagę ze względu na życiową nieporadność, niezwykłą zdolność do pakowania się w tarapaty oraz skłonność do puszczania z dymem wszystkiego dookoła. (Zwłaszcza należy mieć baczenie na jego obecność w pobliżu cennych księgozbiorów!)

Teraz kilka słów o grupie, do której zostałem przydzielony. Składa się ona z: Vasila (abbr. V) – człowieka z widocznym doświadczeniem bojowym; Svalda (abbr. S) smoczego pochodzenia wyznawcę boga Asgoratha; Cassandry (abbr. C) – elfki, która wszem wobec ogłasza, że jest piratem (co sugeruje, że albo niezbyt znaczącym, bo nie ma za Nią nagrody, albo co typowe dla marynarzy uważa, że wywinie się z każdej opresji); oraz Rosomaka (abbr. R) – stoicko melancholijnego krasnoluda (druida? tropiciela?), który jest naszym przewodnikiem. Ciekawe wydają mi się szczególnie poglądy R na naszą wyprawę, ponieważ działa On w przeświadczeniu, że Las jako byt częściowo świadomy lub też pewne moce ukryte, których działanie Lasu jest emanacją, może akceptować lub odrzucać nasze działania na jego terenie, i w tym drugim przypadku aktywnie manifestować swoje niezadowolenie. Przytaczane przezeń historie są zgodne z tym, co wyczytałem w księgach i można je uznać za spójne z relacjami świadków. Tym bardziej uważam za rozsądne postanowienie TAC o przydzieleniu pionowi badawczemu solidnej eskorty.

Już pierwszego dnia eksploracji lasu, po opuszczeniu obozu TAC założonego w „znanym i bezpiecznym” regionie KO, natknęliśmy się na próbę zatrzymania/spowolnienia ekspedycji. Magiczny żywopłot, będący murem ciągnącym się prostopadle do obranej przez nas trasy, w pierwszym oglądzie wydawał się przeszkodą bardzo problematyczną. Formalnie — żywopłot nie był magiczny, a magii użyto jedynie do przyspieszenia wzrostu roślin. Co warte odnotowania, użyto do tego bardzo dużej liczby powtórzeń słabych zaklęć, co udało się wydedukować dzięki S. Żywopłot okazał się też nie zapełniać w lity sposób przestrzeni „w głębi siebie” a być jedynie ścianą o nie za wielkiej grubości. Po pierwszej (heroicznej, ale nie zbyt bystrej) próbie sforsowania żywopłotu siłowo przez S, pomysł rzucony przez V pozwolił na jego w miarę bezproblemowe pokonanie.

Kolejny etap podróży przebiegał stosunkowo spokojnie, jednak obfitował w problemy natury czysto logistycznej i wymagał przedzierania się przez bagna i ruchome piaski (w czym pomogły zarówno umiejętności, jak i wiedza R, oraz C). Ponieważ teren, przez który się przedzieraliśmy, należał już do obszarów KO, które nie są powszechnie znane, przez cały czas rysowałem mapę naszej trasy (kopia w załączniku do raportu). Mam nadzieję, że w przypadku satysfakcjonujących rezultatów ekspedycji posłuży ona do sprawniejszej komunikacji między strefą archeologiczną a bazą wypadową na obrzeżach KO.

Wracając do relacji — po obejściu drobnego jeziorka i osiągnięciu twardego gruntu, obrana przez R droga wiodła (w dużo gęstszym już lesie) przez dość płytki kanion, w którym zagnieździły się pająki. Wielkie, brzydkie, agresywne, sztuk cztery. Walka okazała się z naszej perspektywy dużym wyzwaniem i niestety zmuszony byłem użyć swojej magii w celach mało naukowych (notabene kończąc żywot dwóch z pająków). W trakcie potyczki opanowaniem, dobrą organizacją i zmysłem taktycznym oraz przywódczym wykazał się V. Nieocenioną pomocą okazał się także R, który uratował będącego już na skraju śmierci S (przy takiej dozie szczęścia aż strach pomyśleć, jaka byłaby oczekiwana długość życia S, gdyby nie był wielkim zakutym w zbroję smokowcem). Mam jednak nadzieję, że walka ta, choć ciężka, sprawiła, że nasza grupa zyskała dość doświadczenia, aby w przyszłości efektywniej i z mniejszą dozą dramatyzmu sobie w takich sytuacjach radzić.

Podsumowując, dotychczas napotkane przeszkody, zwłaszcza te o podłożu magicznym i wprost antagonistycznym, pozwalają przypuszczać, że dalsze odcinki ekspedycji zapowiadają się jako bardziej, nie zaś mniej problematyczne niż to, z czym zetknęliśmy się dotychczas. Nie powiem, żeby napawało mnie to przesadną ekscytacją, wciąż jednak oceniam szanse sukcesu jako spore, jako że w trakcie raportowanych wydarzeń nabyłem podstawowy bagaż zaufania w stosunku do moich towarzyszy, pozytywnie oceniając ich kompetencje. Oraz oczywiście jestem niezwykle ciekaw ruin, które mamy na celu odnaleźć.

PS Dokument o charakterze poufnym, do wglądu jedynie przez odpowiednio uprawnione komórki TAC.

PPS Wszelkie subiektywne zdania są prywatną opinią autora raportu i w żaden sposób nie wyrażają oficjalnego stanowiska TAC w żadnej z wymienionych oraz niewymienionych kwestii.

PPPS Wannake marwe czy dnni ‚a ktoś te el’e raporty es w ogóle dann mer bett czyta u esr?

Raport Svalda

Małe miasteczko Candlekeep położone na wybrzeżu morza było miłą odmianą od skalisto pustynnych rejonów świątyni Asgoratha. Svald przebywał tu już kilka dni, a już zdążył docenić zarówno wiosenną aurę, jak i gościnność mieszkańców. Praca do tej pory była lekka i składała się głównie z poszerzania wiedzy i poznawania działania stowarzyszenia. Miejscem, gdzie najczęściej się spotykali była sala z widokiem na bibliotekę Candlekeep. Kolejne dni mijały spokojnie, a wśród członków stowarzyszenia zaczynały się tworzyć pewne znajomości. Wyglądająca początkowo na przypadkową zbieraninę ludzi różnych profesji grupa posiadała indywidualności, które mocno zwracały na siebie uwagę. Na pierwszy rzut oka trudno było nie zauważyć drobnej elfki, kolorowo odzianej i trajkoczącej historie o jakichś podróżach po morzach i na jakichś dziwnych statkach, które rzekomo toczyły nawet bitwy na falach. Svald widział co prawda łodzie rybackie, ale nie bardzo wierzył, że mogą istnieć takie, które noszą dziesiątki mężczyzn w zbrojach i na dodatek przebywają z dala od lądu dniami, jak nie tygodniami. Za to zauważył, że dziewczę ciekawie zerka na sakiewki przejezdnych i nie stroni od szemranego towarzystwa. Bogowie z pewnością znoszą takie osoby, bo jest ich wiele i z pewnością pełnią jakąś funkcję w utrzymaniu równowagi w szerszym tego słowa kontekście… Gdy przebywał wśród uczonych, przed szereg wybijał się gnom, Ipatix, zawsze pewien swego, dociekliwy oraz skory do szerokich objaśnień, acz z nieco irytującą manierą belfra, potrafił zaciekawić swoimi wywodami. Parał się magią do której siły czrerpał sobie wiadomymi ścieżkami. Z pewnością daleko mu było do poczucia humoru Kassandry, za to jednak był częstym towarzyszem Svalda w bibliotece. Na czele zbrojnej ochrony towarzystwa nasz bohater miał okazję poznać Vasila — człowieka, co do którego nie sposób było się pomylić, że uczestniczył w niejednej walce. Wzbudził szacunek Svalda ogarnięciem bojowym. Ciekawe, jakie losy jego tutaj przywiodły? Na razie niespecjalnie dzielił się swoją historią, a kapłan nie zwykł dociekać tajemnic swoich towarzyszy.

Przesiadując we wspomnianej sali, towarzystwo będące już w pewnej komitywie pewnego dnia zostało zaskoczone przybyciem ekspedycji wprost ze strefy najnowszych badań. Goście przedstawili się grzecznie, a znając przełożonych, zajęli miejsca w sali i przedstawili plan najbliższych badań. Okazało się, że Knieja Otulisko nie jest najprzyjaźniejszym miejscem. Wręcz można się pokusić o określenie zgoła przeciwne. Mianowicie coś lub ktoś czyha tam na badaczy i nie pozwala wniknąć głębiej w las. Wreszcie nadeszła chwila, w której zamienimy książki i kurz na trudy wyprawy-pomyślał Svald. Ekipa, która przybyła z tymi wiadomościami, składała się z czterech osób, byli to Darion — bard, Willow — były uczeń Ipatixa, po mistrzu ewidentnie przejął pewne kompleksy i chęć do udowadniania swojej wartości — szkoda, że już na pierwszy rzut oka — mizernej. Towarzyszył im mrukliwy krasnolud imieniem Rosomak oraz Yelena — kobieta, którą łączyła jakaś znajomość z Vasilem.

Wyprawę zaakceptowano szybko i zaplanowano już na następny dzień. Po szybkich przygotowaniach i zebraniu całej drużyny wyruszono w drogę.

Dopiero po dotarciu do Kniei zaplanowano większy odpoczynek. Cassandra kręciła się wieczorem wśród ludzi, a Vasil i Svald odbyli krótką pogawędkę z Rosomakiem. Z tych niewielu słów, które wypowiadał, rysował się opis nieprzyjaznego lasu kierowanego czyjąś wolą, by utrudnić weń wędrówkę.

Podzieleno wyprawę na małe grupki, w jednej z nich znaleźli się Svald, Cassandra, Ipatix oraz Vasil, a przewodnikiem im miał być ów Rosomak. Można zdecydowanie stwierdzić, że znał się na swojej pracy. Pomimo to jednak wkrótce jego słowa miały zostać poparte niezbitymi dowodami. Na drodze tej drużyny ukazała się gęstwina, której Rosomak nie znał z wcześniejszych wędrówek. Svald nie pozwolił, by taka okazja się wymknęła — chodziło przecież o to, czy za słowami przewodnika stoją przesądy i zwykłe pogubienie, czy może coś innego… Rytuał, który odprawił, wypełnił go mocą i poznał, że przeszkoda została tutaj zasiana magią. Parę gałązek nie było go jednak w stanie zatrzymać — gęstwina okazała się jednak napełniona jakąś złą siłą i bez kłopotu wbijała ciernie w skórę próbującego przedrzeć się kapłana w zbroi. Musiał odpuścić. Trzeba było uciec się do innego rozwiązania — więc w gęstwinie wylądował wielki pień — rzucony przez nieco podirytowanego tą sytuacją smokoczłowieka. Nie był to jednak koniec, wkrótce okazało się, że las skrywa także inne niebezpieczeństwa. Drużynę czekała jeszcze przeprawa przez bagno i skrywające pułapki piaski, by dotrzeć do niepokojącego wąwozu. Dzięki spostrzegawczości elfki udało się w porę dostrzec niebezpiecznego wielkiego pająka, którego następnie wspólnymi siłami ubito. Od razu wszyscy przeczuwali niebezpieczeństwo. Zgodnie też
z przewidywaniami okazało się, że jest tu więcej pająków. Dokładnie trzy. W walce z nimi pomogła sprytna pułapka z wykorzystaniem ognia, czary Ipatixa, zaklęcia Svalda, czujność Kassandry oraz sprytne rozplanowanie taktyki przez Vasila. Bohaterskości dowiódł również Rosomak, który uratował Svalda przed śmiercią i zadał wykańczające ciosy dwóm przeciwnikom.

Nasi towarzysze zdecydowali o krótkim odpoczynku, zanim ruszyli naprzeciw kolejnym niebezpieczeństwom.

Raport Vasila

Nie wszystko złoto co się świeci. To stare powiedzonko jest nie tylko nauczka dla chciwych, lecz w szerszym kontekście uczy też, że wiele rzeczy ma inną naturę, niż się początkowo wydaje.

Weźmy na przykład taką sytuację. Gdy Vasil znalazł wreszcie cichy przyczółek, w którym miał nadzieję spokojnie, nie wychylając się, pracować nad swoim projektem kuszy, nie ucieszył się na wieść, że już zaraz ruszają do Kniei Otulisko. Oczywiście po cóż innego Towarzystwo Archeologiczne Candlekeep miałoby go zatrudniać jak nie do ochrony, lecz miał nadzieję, że uda mu się popracować w spokoju. Okazało się jednak, że wraz z nim na wyprawę rusza Yelena, która stoczyła nie jedną potyczkę u jego boku podczas obrony, a potem okupacji Tilverton. Vasil ucieszył się, że nic jej nie jest i że znów będą pracować razem.

Zła informacja stała się dobrą informacją.

Nie na długo, gdyż dotarłszy liczną grupą do obozu w Kniei, musieli się rozdzielić na różne grupy. Zamiast z Yeleną, Vasil dostał do drużyny smoko-kapłana Svalda, gnoma historyka-niejakiego Ipatixa oraz dziwnie ubraną, lecz sympatyczną piratkę Cassandrę. A i nie zapominajmy o małomównym Krasnoludzie każącym się nazywać „Rosomakiem”. Patrząc na taką grupę i wiedząc, że odpowiada za bezpieczeństwo grupy, Vasil nie czuł się specjalnie dobrze.

Więc dobra sytuacja już wcale taka dobra nie była.

Knieja otulisko zdecydowanie nie jest przyjaznym miejscem. W ciągu zaledwie połowy dnia ekspedycja musiała sobie poradzić z gęstymi chaszczami pełnymi cierni (niby nic nadzwyczajnego w puszczy, lecz te były zdecydowanie zbyt gęste i zbyt ostre – o czym najbardziej przekonał się Svald), bagnem, ruchomymi piaskami i dużym pająkiem, którego, na szczęście, Vasil, Svald i Ipatix wypatrzyli w porę, by bestię ubić, nim ta wyrządziła szkód.

Więc ponownie zła sytuacja okazała się nie taka zła.

Do czasu, gdy okazało się, że cholerny arachid nie był sam. Trzy kolejne bestie wyszły zza załomu i ruszyły na Vasyla i resztę ekspedycji.

Tak, zgadłeś- znów było źle.

Vasyl sklecił naprędce plan walki i wydał polecenia. Nie wiedział jednak, że te bestie tak mocno kąsają. Gdyby nie leczenie Svalda i Rosomaka, pająki zjadłyby całą grupę, nim przeciętny Ork policzyłby do pięciu. Na szczęście okazało się również, że towarzysze Vasila również mają ikrę do walki. Łatwo nie było, lecz udało się pajęczaki pokonać.

I po raz kolejny fortuna się zmieniła i pokazała dobrą stronę.

Co będzie dalej? Tego dokładnie Vasil nie wie. Patrząc w przeszłość łatwo wyciągnąć wnioski na przyszłość. Cokolwiek czeka dalej…będzie złe.