Gdy pierwszy raz usłyszałem o Diablo właśnie zaczynałem liceum i dopiero wchodziłem we wspaniały świat gier komputerowych. W tamtych czasach swoją wiedzę o tym gatunku rozrywki czerpałem głównie z gazet, nie znałem jeszcze gier fabularnych a głównym dostawcą najnowszych komputerowych tytułów był kolega, który dysponował nagrywarką płyt CD. Gdy pierwszy raz usłyszałem o Diablo byłem akurat na etapie fascynacji Baldur’s Gate. Tak, fascynacji. Pierwszą część Wrót Baldura znajomy pożyczył mi na weekend. Drugą poznałem dużo później. Czytałem natomiast wszystko co tylko mogłem na temat tej gry. Łatwo domyślić się, że gdy znajomi podniecali się Diablo II ja nie byłem nim zainteresowany.

Rok czy dwa później, gdy zaspokoiłem już swoje pragnienie grania w Baldur’s Gate, znajomy zaproponował, że pożyczy mi Diablo II i tak zacząłem swoją przygodę w świecie Sanktuarium. Próbowałem potem grać w pierwszą część, ale nigdy jej nie przeszedłem. Drugiej też bardzo długo nie ukończyłem. Moim paladynem zabiłem co prawda Diablo, ale w Harrogath opuściła mnie chęć gry i długo potem nie dotarłem do Bhaala. Nie mniej, bawiłem się świetnie. Nie grałem za dużo na Battle.net, brałem udział natomiast w LAN party. Grając 24 godziny niemal non stop przeszliśmy wszystkie cztery akty gry. I też nie zabiliśmy Bhaala. Potem próbowałem kilka razy wracać do Diablo 2. Dłużej pograłem zabójczynią, trochę nekromantą, aż w końcu przestałem grać. W międzyczasie kupiłem sobie legalną wersję Diablo II, którego cena wciąż trzymała się na zaskakująco wysokim poziomie, jak na grę o tym wieku.

Gdy skończyłem studia, zacząłem pracę i moja biblioteka na Steamie wciąż rosła od coraz to nowych tytułów, zauważyłem że gry w stylu hack’n’slash nie za bardzo mnie interesują. Grałem w przygodówki, gry logiczne, platformówki. Wpadłem w typową dla starych i zajętych ludzi chorobę – nie miałem czasu na uczenie się gier. Wybierałem tytuły, które można odpalić na godzinę i dobrze się przez ten czas bawić. Z hack’n’slashów pograłem jakiś czas w Torchlight, ale nie doszedłem nawet do połowy gry. Możliwe, że moje zniechęcenie do tego typu tytułów wiązało się z tym, że gdzieś wtedy dowiedziałem się na jakiej zasadzie wiążą one uwagę graczy i że naukowcy mają dokładnie wyliczone co ile zabitych przeciwników powinien wypadać jakiś fajny skarb żebyśmy nie zrezygnowali z gry. Czułem, że taki rodzaj rozrywki jest zwyczajnie bezcelowy.

Moje konto na battle.net założyłem już dawno temu. Tak dawno, że email z którego je zakładałem już dawno nie istnieje. Co jakiś czas przypominałem sobie, że fajnie by było to konto odzyskać, mam tam na nim jakieś gry (Diablo II i StarCraft I), może kiedyś będę chciał w nie zagrać? Gdy przypomniałem sobie o tym ostatnio przeszedłem do działania i okazało się, że odzyskanie konta nie jest takie trudne. Porwany nostalgią postanowiłem zobaczyć jeszcze raz co tam słychać w Diablo II. Zacząłem grać nekromantą i wciągnęło mnie. Przeszedłem całość a dłuższą przerwę (która trwa do teraz) zrobiłem sobie dopiero w połowie koszmaru (Zawsze musiałem się zmuszać żeby przejść te dżungle obok Kurast). To było niesamowite. Mogłem grać w nowego Tomb Raidera, GTA V, dziesiątki innych gier. Wybrałem Diablo. Może dlatego, że ma ono tą cechę, o której mówiłem wcześniej? Można wejść na godzinę, dojść do następnego punktu teleportacyjnego albo zrobić kolejną misję i wyjść. Nie mówiąc o tym, jak dobrze gra się nekromantą (gdy w końcu zrobiłem jako tako działający build) – nie trzeba tłuc ciągle w klawisze. Wystarczy ustawić się w takim miejscu, aby szkielety wiedziały co atakować i tylko czekać aż ta szarańcza zje przeciwników.

Ale to jeszcze nie koniec! Tak się przypadkiem zdarzyło, że gdy miałem już dość Diablo 2 na jakiś czas w sieci pojawiła się promocja na Diablo III, które korzystając z obniżki kupiłem. Nie mam jeszcze wszystkich dodatków (szczególnie boleję nad brakiem nekromanty), więc na razie gram sobie mnichem i patrzę co się pozmieniało. A pozmieniało się sporo. Ominęły mnie gry MMO, w WOWa to grałem może pół godziny, więc skok interfejsu i wyglądu gry z Diablo II do Diablo III był dla mnie olbrzymi, wręcz rewolucyjny i w pierwszych chwilach chciałem marudzić, czemu nie jest tak jak dawniej. Człowiek to jednak głupi jest, że lubi patrzeć na to co już zna. Równolegle do Diablo III zacząłem grać w innego HSa – Victor Vran. Po rozczarowaniu jakim było „The Incredible Adventures of Van Hellsing” Victor Vran jest na prawdę dobry. Zwłaszcza specjalne osiągnięcia do każdej mapy, dzięki którym można powtarzać mapy aż do osiągnięcia maksymalnej ilości gwiazdek.

Podsumowując – wróciłem do grania w hack’n’slashe. Nie wiem na jak długo, ale póki co bawię się nieźle. Najlepsze jest to, że te dwa tytuły praktycznie nie wchodzą sobie w drogę bo w Diablo gram na Windowsie a w Victora na Linuksie. Jaki z tego morał? Nie wiem, ale obie gry bardzo polecam.

  • Piotr Berezowski

    „Możliwe, że moje zniechęcenie do tego typu tytułów wiązało się z tym, że gdzieś wtedy dowiedziałem się na jakiej zasadzie wiążą one uwagę graczy i że naukowcy mają dokładnie wyliczone co ile zabitych przeciwników powinien wypadać jakiś fajny skarb żebyśmy nie zrezygnowali z gry. ”
    To ciesz się, że nie grałeś w gry MMORPG. Np. w Ragnarok Online jest powiedzmy rzadki przedmiot do wydropienia z określonego potwora. Ten przedmiot ma 0,01% szans na wypadnięcie – i nie jest to tajemnica systemu, tylko można to sprawdzić na stronie internetowej. Więc można oszacować, że trzeba zabić około 10 000 razy tego potwora, żeby ten przedmiot zdobyć.